Wisława Szymborska  III

  Poems:

 

Clochard

Clochard

A little on the soul

DUSZA

Experiment

EKSPERYMENT

Some people

Jacyś ludzie

Poça de água

Kałuża

The Silence of Plants

MILCZENIE ROŚLIN

Un amore felice

Miłość szczęśliwa

Negative

Negatyw

Ritratto di donna

Portret kobiecy

Reality demands

Rzeczywistość wymaga

List

Spis

No end of fun

Sto pociech

Tem piada

Sto pociech

This day

TEN DZIEŃ

Stage fright

Trema

Birthday

Urodziny

Smiles

Uśmiechy

One version of events

Wersja wydarzeń 

Poetry reading

WIECZÓR AUTORSKI

Everything

WSZYSTKO

 

 

                                                 more poems        O        O        O        O

 

 

Birthday

  

So much world all at once – how it rustles and bustles!

Moraines and morays and morasses and mussels,

The flame, the flamingo, the flounder, the feather –

How to line them all up, how to put them together?

All the tickets and crickets and creepers and creeks!

The beeches and leeches alone could take weeks.

Chinchillas, gorillas, and sarsaparillas –

Thanks do much, but all this excess of kindness could kill us.

Where’s the jar for this burgeoning burdock, brooks’ babble,

Rooks’ squabble, snakes’ quiggle, abundance, and trouble?

How to plug up the gold mines and pin down the fox,

How to cope with the linx, bobolinks, strptococs!

Tale dioxide: a lightweight, but mighty in deeds:

What about octopodes, what about centipedes?

I could look into prices, but don’t have the nerve:

These are products I just can’t afford, don’t deserve.

Isn’t sunset a little too much for two eyes

That, who knows, may not open to see the sun rise?

I am just passing through, it’s a five-minute stop.

I won’t catch what is distant: what’s too close, I’ll mix up.

While trying to plumb what the void's inner sense is,
I'm bound to pass by all these poppies and pansies.
What a loss when you think how much effort was spent
perfecting this petal, this pistil, this scent
for the one-time appearance, which is all they're allowed,
so aloofly precise and so fragilely proud.

 

translated from Polish by Stanislaw Baranczak        

 and Clare Cavanagh                                      
 

Urodziny
 

Tyle naraz świata ze wszystkich stron swiata:

moreny, mureny i morza, i zorze,

i ogień, i ogon, i orzeł, i orzech -

jak ja to ustawię, gdzie ja to położę?

Te chaszcze i paszcze, i leszcze, i deszcze,

bodziszki, modliszki - gdzie ja to pomieszczę?

Motyle, goryle, beryle i trele -

dziękuję, to chyba o wiele za wiele,

Do dzbanka jakiego tam łopian i łopot,

i łubin, i popłoch, i przepych, i kłopot?

Gdzie zabrać kolibra, gdzie ukryć to srebro,

co zrobić na serio z tym żubrem i zebrą?

Już taki dwutlenek rzecz ważna i droga,

a tu ośmiornica i jeszcze stonoga!

Domyślam się ceny, choć cena z gwiazd zdarta -

dziekuję, doprawdy nie czuję się warta.

Nie szkoda to dla mnie zachodu i słońca?

Jak ma się w to bawić osoba żyjąca?

Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę:

co dalsze, przeoczę, a resztę pomylę.

Nie zdążę wszystkiego odróżnić od próżni.

Pogubię te bratki w pośpiechu podróżnym.

Jużc hoćby najmniejszy - szalony wydatek:

fatyga łodygi i listek, i płatek

raz jeden w przestrzeni, od nigdy, na oślep,

wzgardliwie dokładny i kruchy wyniośle.

 

 

 

 

 

 

EVERYTHING

 

Everything -
a bumptious, stuck-up word.
It should be written in quotes.
It pretends to miss nothing,
to gather, hold, contain, and have.
While all the while it's just
a shred of gale.

 

translated from Polish by Stanislaw Baranczak        

 and Clare Cavanagh                                      
 

WSZYSTKO

 

Wszystko -
słowo bezczelne i nadęte pychą.
Powinno być pisane w cudzysłowie.
Udaje, że niczego nie pomija,
że skupia, obejmuje, zawiera i ma.
A tymczasem jest tylko
strzępkiem zawieruchy.

 

 

 

Poça de Água

 

Recordo bem este medo da infância.

Evitava as poças,

sobretudo as novas, após a chuva.

Afinal, uma delas poderia năo ter fundo,

ainda que parecesse igual ŕs outras.

 

Ponho o pé e, de súbito, afundar-me-ei,

voando para baixo,

cada vez mais baixo,

rumo ŕs nuvens reflectidas

ou talvez mais além.

 

Depois a poça secar-se-á,

fechar-se-á por cima de mim,

e eu ali, presa para sempre,

com um grito que năo chega ŕ superfície.

 

Só mais tarde compreendi que

nem todas as más aventuras

cabem nas regras do mundo

e mesmo que o quisessem,

năo poderiam acontecer.

 

in “Chwila” (Instante), 2002

 

De:  Alguns gostam de poesia, Antologia, Cwesław Miłosz e Wisława Szymborska, Selecçăo, introduçăo e traduçăo de Elżbieta Milewska e Sérgio das Neves, Editora Cavalo de Ferro, Lisboa, 2004, ISBN 972-8791-29-1

 

Kałuża

 

Dobrze z dzieciństwa pamiętam ten lęk.
Omijałam kałuże,

zwłaszcza te świeże, po deszczu.
Któraś z nich przecież mogła nie mieć dna,

choć wyglądała jak inne.


Stąpnę i nagle zapadnę się cała,
zacznę wzlatywać w dół,

i jeszcze głębiej w dół,
w kierunku chmur odbitych

a może i dalej.


Potem kałuża wyschnie,

zamknie się nade mną,
A ja na zawsze zatrzaśnięta – gdzie –
Z niedoniesionym na powierzchnię krzykiem.


Dopiero później przyszło zrozumienie:
Nie wszystkie złe przygody
Mieszczą się w regułach świata
I nawet gdyby chciały,
Nie mogą się zdarzyć.

 

 

 

 

 

 

 

LIST

 

 

I’ve made a list of questions
to which I no longer expect answers,
since it’s either too early for them,
or I won’t have time to understand.

The list of questions is long,
and takes up matters great and small,
but I don’t want to bore you,
and will just divulge a few:

What was real
and what scarcely seemed to be
in this auditorium,
stellar and substellar,
requiring tickets both to get in
and get out;

What about the whole living world,
which I won’t succeed
in comparing with a different living world; 

What will the papers
write about tomorrow;

When will wars cease,
and what will take their place;

Whose third finger now wears
the ring
stolen from me — lost;

Where’s the place of free will,
which manages to be and not to be
simultaneously;

What about those dozens of people —
did we really know each other; 

What was M. trying to tell me
when she could no longer speak;

Why did I take bad things
for good ones
and what would it take
to keep from doing it again?

There are certain questions
I jotted down just before sleep.

On waking
I couldn’t make them out.

Sometimes I suspect
that this is a genuine code,
but that question, too,
will abandon me one day.

 

translated from Polish by Stanislaw Baranczak        

 and Clare Cavanagh                                      
 

SPIS

 

Sporządziłam spis pytań,
na które nie doczekam się już odpowiedzi,
bo albo za wcześnie na nie,
albo nie zdołam ich pojąć.

Spis pytań jest długi,
porusza sprawy ważne i mniej ważne,
a że nie chcę was nudzić,
wyjawię tylko niektóre:

Co było rzeczywiste,
a co się ledwie zdawało
na tej widowni
gwiezdnej i podgwiezdnej,
gdzie prócz wejściówki
obowiązuje wyjściówka;

Co z całym światem żywym,
którego nie zdążę
z innym żywym porównać;

O czym będą pisały
nazajutrz gazety;

Kiedy ustaną wojny
i co je zastąpi;

Na czyim teraz palcu
serdeczny pierścionek
skradziony mi —zgubiony;

Gdzie miejsce wolnej woli,
która potrafi być i nie być
równocześnie;

Co z dziesiątkami ludzi -
czy myśmy naprawdę się znali;

Co próbowała mi powiedzieć M.,
kiedy już mówić nie mogła;

Dlaczego rzeczy złe
brałam za dobre
i czego mi potrzeba,
żeby się więcej nie mylić?

Pewne pytania
notowałam chwilę przed zaśnięciem.
Po przebudzeniu
już ich nie mogłam odczytać.

Czasami podejrzewam,
że to szyfr właściwy.
Ale to też pytanie,
które mnie kiedyś opuści.

 

 

 

 

 

The Silence of Plants

A one-sided relationship is developing quite well between you and me.
I know what a leaf, petal, kernel, cone, and stem are,
and I know what happens to you in April and December.

Though my curiosity is unrequited,
I gladly stoop for some of you,
and for others I crane my neck.

I have names for you:
maple, burdock, liverwort,
eather, juniper, mistletoe, and forget-me-not;
but you have none for me.

After all, we share a common journey.
When traveling together, it's normal to talk,
exchanging remarks, say, about the weather,
or about the stations flashing past.

We wouldn't run out of topics
for so much connects us.
The same star keeps us in reach.
We cast shadows according to the same laws.
Both of us at least try to know something,
each in our own way,
and even in what we don't know
there lies a resemblance.

Just ask and I will explain as best I can:
what it is to see through my eyes,
why my heart beats,
and how come my body is unrooted.

But how does someone answer questions
which have never been posed,
and when, on top of that
the one who would answer
is such an utter nobody to you?

Undergrowth, shrubbery,
meadows, and rushes…
everything I say to you is a monologue,
and it is not you who's listening.

A conversation with you is necessary
and impossible,
urgent in a hurried life
and postponed for never.

 

 trans. Joanna Trzeciak                   

 

MILCZENIE ROŚLIN


Jednostronna znajomość między mną a wami
rozwija się nie najgorzej.

Wiem co listek, co płatek, kłos, szyszka, łodyga,
i co się z wami dzieje w kwietniu, a co w grudniu.

Chociaż moja ciekawość jest bez wzajemności,
nad niektórymi schylam się specjalnie,
a ku niektórym z was zadzieram głowę.
 

Macie u mnie imiona:
klon, łopian, przylaszczka,
wrzos, jałowiec, jemioła, niezapominajka,
a ja u was żadnego.

Podróż nasza jest wspólna.
W czasie wspólnych podróży rozmawia się przecież,
wymienia się uwagi choćby o pogodzie,
albo o stacjach mijanych w rozpędzie.

Nie brakłoby tematów, bo łączy nas wiele.
Ta sama gwiazda trzyma nas w zasięgu.
Rzucamy cienie na tych samych prawach.
Próbujemy coś wiedzieć, każde na swój sposób,
a to, czego nie wiemy, to też podobieństwo.

Objaśnię jak potrafię, tylko zapytajcie:
co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie zakorzenione.

Ale jak odpowiadać na niestawiane pytania,
jeśli w dodatku jest się kimś
tak bardzo dla was nikim.

Porośla, zagajniki, łąki i szuwary -
wszystko, co do was mówię, to monolog,
i nie wy go słuchacie.

Rozmowa z wami konieczna jest i niemożliwa.
Pilna w życiu pospiesznym
i odłożona na nigdy.

 

 

 

 

Negative

 

Against a grayisch sky

a grayer cloud

rimmed black by the sun.

 

On the left, that is, the right,

a white cherry branch with black blossoms.

 

Light shadows on your dark face.

You'd just taken a seat at the table

and put your hands, gone pray, upon it.

 

You look like a ghost

who's trying to summon up the living.

 

(And since I still number among them,

I should appear to him and tap:

good night, that is, good morning,

farewell, that is, hello.

 

And not grudge questions to any of his answers

concerning life,

that storm before the clam).

 

translated from Polish by Stanislaw Baranczak        

 and Clare Cavanagh                                      
 

Negatyw

 

Na niebie burym

chmurka jeszcze bardziej bura

z czarną obwódką słońca.

 

Na lewo, czyli na prawo,

biała gałąź czereśni z czarnymi kwiatami.

 

Na twojej ciemnej twarzy jasne cienie.

Zasiadłeś przy stoliku

i położyłeś na nim poszarzałe ręce.

 

Sprawiasz wrażenie ducha

który próbuje wywoływać żywych.

 

(ponieważ jeszcze zaliczam się do nich,

powinnam mu się zjawić i wystukać:

dobranoc , czyli dzień dobry,

żegnaj , czyli witaj.

 

I nie skąpić mu pytań na żadną odpowiedź,

jeśli dotyczą życia,

czyli burzy przed ciszą.)

 

 

 

 

 

Ritratto di donna

 

Deve essere a scelta.
Cambiare, purché niente cambi.
E' facile,impossibile, difficile, ne vale la pena.
Ha gli occhi, se occorre, ora azzurri, ora grigi,
neri, allegri, senza motivo pieni di lacrime.
Dorme con lui come la prima venuta, l'unica al mondo.
Gli darň quattro figli, nessuno, uno.
Ingenua, ma ottima consigliera.
Debole, ma sosterrŕ.
Non ha la testa sulle spalle, perň l'avrŕ.
Legge Jaspers e le riviste femminili.
Non sa a che serve questa vite, e costruirŕ un ponte.
Giovane, come al solito giovane, sempre ancora giovane.
Tiene nelle mani un passero con l'ala spezzata,
soldi suoi per un viaggio lungo e lontano,
una mezzaluna, un impacco e un bicchierino di vodka.
Dove č che corre, non sarŕ stanca?
Ma no, solo un poco, molto, non importa.
O lo ama, o si č intestardita.
Nel bene, nel male, e per l'amor del cielo!

 

Portret kobiecy
 

Musi być do wyboru,

Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.

To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.

Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,

Czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.

Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.

Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.

Naiwna, ale najlepiej doradzi.

Słaba, ale udźwignie.

Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.

Czyta Jaspera i pisma kobiece.

Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.

Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.

Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,

własne pieniądze na podróż daleką i długą,

tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.

Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.

Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.

Albo go kocha albo się uparła.

Na dobre, na niedobre i na litość boską.

 

 

 

 

 

 

Some people

 

Some people flee some other people.
In some country under a sun
and some clouds.

They abandon something close to all they've got,
sown fields, some chickens, dogs,
mirrors in which fire now preens.

Their shoulders bear pitchers and bundles.
The emptier they get, the heavier they grow.

What happens quietly: someone's dropping from exhaustion.

What happens loudly: someone's bread is ripped away,
Someone tries to shake a limp child back to life.
 

Always another wrong road ahead of them,
Always another wrong bridge
Across an oddly reddish river.
Around them, some gunshots, now nearer, now farther away,
Above them a phane seems to circle.
 

Some invisibility would come in handy,
some grayish stoniness,
or, better yet, some nonexistence
for a shorter or a longer while.

Something else will happen, only where and what,
Someone will come at them, only when and who,
in how many shapes, with what intentions.
If he has a choice,
maybe he won't be the enemy
and will let them live some sort of life.

 

translated from Polish by Stanislaw Baranczak        

 and Clare Cavanagh                                      
 

 

Jacyś ludzie


Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.
W jakimś kraju pod słońcem
i niektórymi chmurami.

Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,
obsiane pola, jakieś kury, psy,
lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.

Mają na plecach dzbanki i tobołki,
im bardziej puste, tym z dnia na dzień cięższe.

Odbywa się po cichu czyjeś ustawanie,
a w zgiełku czyjeś komuś chleba wydzieranie
i czyjeś martwym dzieckiem potrząsanie.

Przed nimi jakaś wciąż nie tędy droga,
nie ten, co trzeba most
nad rzeką dziwnie różową.
Dokoła jakieś strzały, raz bliżej, raz dalej,
w górze samolot trochę kołujący.

Przydałaby się jakaś niewidzialność,
jakaś bura kamienność,
a jeszcze lepiej niebyłość
na pewien krótki czas albo i długi.

Coś jeszcze się wydarzy, tylko gdzie i co.
Ktoś wyjdzie im naprzeciw, tylko kiedy, kto,
w ilu postaciach i w jakich zamiarach.
Jeśli będzie miał wybór,
może nie zechce być wrogiem
i pozostawi ich przy jakimś życiu.

 

 

 

 

One Version of Events

 

If we’d been allowed to choose,
we’d probably have gone on forever.

The bodies that were offered didn’t fit,
and wore out horribly.

The ways of sating hunger
made us sick.
We were repelled
by blind legacy
and the tyranny of the glands.

The world that was meant to embrace us
decayed without end
and the effects of causes raged over it.

Individual fates
were presented for our inspection:
appalled and grieved,
we rejected most of them.

Questions naturally arose, e.g.,
who needs the painful birth
of a dead child
and what’s in it for a sailor
who will never reach the shore.

We agreed to death,
but not every kind.
Love attracted us,
of course, but only love
that keeps its word.

Both fickle standards
and the impermanence of artworks
kept us wary of the Muses’ service.

Each of us wished to have a homeland
free of neighbors
and to live his entire life
in the intervals between wars.

No one wished to seize power
or be subject to it.
No one wanted to fall victim to his own or others’ delusions.
No one volunteered
for crowd scenes and processions,
to say nothing of dying tribes---
although without all of these
history couldn’t run its charted course
through the centuries to come.

Meanwhile, a fair number
of stars lit earlier
had died out and grown cold.
It was high time for a decision.

Voicing numerous reservations,
candidates finally emerged
for a number of roles as healers and explorers,
a few obscure philosophers,
one or two nameless gardeners,
artists and virtuosos---
though even these livings couldn’t all be filled
for lack of other kinds of applications.

It was time to think
the whole thing over.

We’d been offered a trip
from which we’d surely be returning soon,
wouldn’t we.

A trip outside eternity---
monotonous, no matter what they say,
and foreign to time’s flow.
the chance may never come our way again.

We were besieged by doubts.
Does knowing everything beforehand
really mean knowing everything.

Is a decision made in advance
really any kind of choice.
Wouldn’t we be better off
dropping the subject
and making our minds up
once we get there.

We looked at earth.
Some daredevils were already living there.

A feeble weed
clung to a rock,
trusting blindly
that the wind wouldn’t tear it off.

A small animal
dug itself from its burrow
with an energy and hope
that puzzled us.

We struck ourselves as prudent,
petty, and ridiculous.

In any case, our ranks began to dwindle.
The most impatient of us disappeared.
They’d left for the first trial by fire,
This much was clear,
especially by the glare of the real fire
they’d just begun to light
on the steep bank of an actual river.

A few of them
actually turned back.
But not in our direction.
And with something they seemed to have won in their hands.

 

translated from Polish by Stanislaw Baranczak        

 and Clare Cavanagh                                      
 

Wersja wydarzeń 


Jeżeli pozwolono nam wybierać,
zastanawialiśmy się chyba długo.

Proponowane ciała były niewygodne
i niszczyły się brzydko.

Mierziły nas
sposoby zaspokajania głodu,
odstręczało
bezwolne dziedziczenie cech
i tyrania gruczołów.

Świat, co miał nas otaczać,
był w bezustannym rozpadzie.
Szalały sobie na nim skutki przyczyn.

Z podanych nam do wglądu
poszczególnych losów
odrzuciliśmy większość
ze smutkiem i zgrozą.

Nasuwały się takie na przykład pytania
czy warto rodzić w bólach
martwe dziecko
i po co być żeglarzem,
który nie dopłynie.

Godziliśmy się na śmierć,
ale nie w każdej postaci.
Pociągała nas miłość,
dobrze, ale miłość
dotrzymująca obietnic.

Od służby sztuce
odstraszały nas
zarówno chwiejność ocen
jak i nietrwałość arcydzieł.

Każdy chciał mieć ojczyznę bez sąsiadów
i przeżyć życie
w przerwie między wojnami.

Nikt z nas nie chciał brać władzy
ani jej podlegać,
nikt nie chciał być ofiarą
własnych i cudzych złudzeń,
nie było ochotników
do tłumów, pochodów
a już tym bardziej do ginących plemion
– bez czego jednak dzieje
nie mogłyby się w żaden sposób toczyć
przez przewidziane wieki.

Tymczasem spora ilość
zaświeconych gwiazd
zgasła już i wystygła.
Była najwyższa pora na decyzję.

Przy wielu zastrzeżeniach
zjawili się nareszcie kandydaci
na niektórych odkrywców i uzdrowicieli,
na kilku filozofów bez rozgłosu,
na paru bezimiennych ogrodników,
sztukmistrzów i muzykantów
– choć z braku innych zgłoszeń
nawet i te żywoty
spełnić by się nie mogły.

Należało raz jeszcze
całą rzecz przemyśleć.

Została nam złożona
oferta podróży,
z której przecież wrócimy
szybko i na pewno.

Pobyt poza wiecznością,
bądź co bądź jednostajną
i nie znającą upływu
mógł się już nigdy więcej nie powtórzyć.

Opadły nas wątpliwości,
czy wiedząc wszystko z góry
wiemy naprawdę wszystko.

Czy wybór tak przedwczesny
jest jakimkolwiek wyborem
i czy nie lepiej będzie puścić go w niepamięć,
a jeżeli wybierać
– to wybierać tam.

Spojrzeliśmy na Ziemię.
Żyli już na niej jacyś ryzykanci.
Słaba roślina
czepiała się skały
z lekkomyślną ufnością,
że nie wyrwie jej wiatr.

Niewielkie zwierzę
wygrzebywało się z nory
z dziwnym dla nas wysiłkiem i nadzieją.

Wydaliśmy się sobie zbyt ostrożni,
małostkowi i śmieszni.

Wkrótce zaczęło nas zresztą ubywać.
Najniecierpliwsi gdzieś się nam podziali.
Poszli na pierwszy ogień
- tak, to było jasne.
Rozpalali go właśnie
na stromym brzegu rzeczywistej rzeki.

Kilkoro
wyruszało już nawet z powrotem.
Ale nie w naszą stronę.
I jakby coś pozyskanego? niosąc?

 

 

 

 

This Day

 

The shrill of doorbell still returning to my ears.
Who is it? What's the news, why so early?
I don't want to know. I may still be asleep.
I won't do it, I will not open the door.

 

Is it dawn already outdoors with its frost,
Blinding me so much I look around through tears?
Was it a clock thundering with seconds?
Or my heart which by itself thunders much more?

 

As long as the first words remain unspoken,
Uncertainty brings hope, my comrades...
They keep silent, knowing they must read the words
From another's stooped head, from their shut lips.

 

What's the order given to us - profile four
Looking down form the revolution's banner?
- Call more soldiers, call not less than thousand more
We need more at each and every of these gates!

 

Here's the Party - the eyes of humankind,
Here's the Party - peoples' strength and conscience.
No part of his life shall ever be forgotten.
His Party will fight the darkness of his mind.

 

Unfeeling signs on a printed page
Won't reflect the trembling of my hand,
Not crooked with pain, untouched by tears.
The way it should be, it had better stay like this.
 

 

Translation  by Anna Piwnicka                 

 

TEN DZIEŃ  

 

Jeszcze dzwonek, ostry dzwonek w uszach brzmi.
Kto u progu? Z jaką wieścią, i tak wcześnie?
Nie chcę wiedzieć. Może ciągle jestem we śnie.
Nie podejdę, nie otworzę drzwi.

Czy to ranek na oknami, mroźna skra
tak oślepia, że dokoła patrzę łzami?
Czy to zegar tak zadudnił sekundami.
Czy to moje własne serce werbel gra?

Póki nikt z was nie wypowie pierwszych słów,
brak pewności jest nadzieją, towarzysze...
Milczę. Wiedzą, że to czego nie chcę słyszeć -
muszę czytać z pochylonych głów.

Jaki rozkaz przekazuje nam
na sztandarach rewolucji profil czwarty?
- Pod sztandarem rewolucji wzmacniać warty!
Wzmocnić warty u wszystkich bram!

Oto Partia - ludzkości wzrok.
Oto Partia: siła ludów i sumienie.
Nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie.
Jego Partia rozgarnia mrok.

Niewzruszony drukarski znak
drżenia ręki mej piszącej nie przekaże,
nie wykrzywi go ból, łza nie zmaże.
A to słusznie. A to nawet lepiej tak."

 

 

 

A LITTLE ON THE SOUL

 

Periodically one has a soul.
Nobody has it all the time and forever.

 

Day after day, year after year
can pass without it.

 

Sometimes only in rapture
and in fears of childhood
it dwells within longer.
Sometimes only in the astonishment,
that we have become old.

 

It rarely assists us
in strenuous pursuits,
such as moving furniture,
carrying suitcases
or tromping through a road in tight shoes.

 

While filling in forms
and chopping meat
it usually takes the day off.

 

In a thousand of our conversations
it participates in one,
and not even necessarily in one,
preferring silence.

 

When our bodies start aching more and more,
it silently leaves the ward.

It's fussy:
it doesn't see us immediately in a crowd,
it sickens at our attempts at mere advantage
and the shrill clamor of business.

 

Joy and sorrow
are not all that different to it.
Only in the combination of them
does it stand up.

 

We can rely on it,
when we are certain of nothing,
and when everything seizes us.

 

Among all material objects
it likes best clocks with pendulums
and mirrors, which work fervently,
Even when nobody looks.

 

It doesn't say where it comes from
and when it will disappear next,
But it clearly awaits such questions.

 

It looks like,
as much as we need it,
also it
needs us for something too.

 

 

Translated from the Polish by Rick Hilles and Maja Jablonska

 

                                           

  DUSZA

 

 

Duszę się miewa.

Nikt nie ma jej bez przerwy i na zawsze.

 

Dzień za dniem,rok za rokiem

może bez niej minąć.

 

Czasem tylko w zachwytach

i lękach dzieciństwa

zagnieżdża się na dłużej.

Czasem tylko w zdziwieniu,

że jesteśmy starzy.

 

Rzadko nam asystuje

podczas zajęć żmudnych,

jak przesuwanie mebli,

dźwiganie walizek,

czy przemierzanie drogi w ciasnych butach.

 

Przy wypełnianiu ankiet

i siekaniu mięsa

z reguły ma wychodne.

 

Na tysiąc naszych rozmów uczestniczy w jednej

a i to niekoniecznie, bo woli milczenie.

 

Kiedy ciało zaczyna nas boleć i boleć,

cichcem schodzi z dyżuru.

 

Jest wybredna:niechętnie widzi nas w tłumie,

mierzi ją nasza walka o byle przewagę

i terkot interesów.

 

Radość i smutek

to nie są dla niej dwa różne uczucia.

Tylko w ich połączeniu jest przy nas obecna.

 

Możemy na nią liczyć

kiedy niczego nie jesteśmy pewni,

a wszystkiego ciekawi.